99 Nights in the Forest
99 Nights in the Forest invites you into a mysterious world where survival meets discovery. Lost deep... View more
Szczęście w kieszeni
-
Szczęście w kieszeni
Mam na imię Katarzyna, jestem po czterdziestce, mam dwóch synów w wieku gimnazjalnym i pracuję w korporacji. Brzmi banalnie? Pewnie tak. Ale to właśnie ta korporacyjna rutyna, wieczne terminy i zero miejsca na spontaniczność doprowadziły mnie do czegoś, co totalnie zmieniło moje podejście do wolnego czasu. Chodzi o moją małą, wieczorną ucieczkę.
Mąż oglądał mecz, dzieciaki siedziały w pokojach, a ja po raz setny przewijałam Facebooka. Znudzona, z kubkiem melisy, czułam, że za chwilę zasnę z nudów. I wtedy przypomniałam sobie rozmowę z Magdą z działu marketingu. Magda zawsze miała na wszystko jakiś pomysł. Kiedyś przy kawie wspomniała, że w wolnych chwilach potrafi zagrać w coś online, żeby się odstresować. Nie mówiła o żadnych ogromnych wygranych, raczej o takim oddechu od rzeczywistości. Wtedy wydało mi się to dziwne, ale tego wieczoru wyszukałam w telefonie vavada online. Czemu nie? Nikt nie musi wiedzieć. Dzieciaki mają swoje życie, mąż ma swój mecz, ja mogę mieć swój mały wieczorny rytm.
Zarejestrowałam się szybko, wpłaciłam na start jakieś symboliczne sto złotych. Pomyślałam sobie, że to koszt dwóch kaw w mieście, a przy okazji sprawdzę, o co tyle hałasu. Nie miałam pojęcia o zasadach gier. Automaty wydawały się najprostsze. Wybrałam pierwszy z brzegu, jakiś kolorowy, z ptakami i owocami. Kręciło się samo, a ja tylko patrzyłam. Po pięciu minutach miałam jakieś sto pięćdziesiąt złotych. Nuda minęła. Liczby rosły, spadały, a ja łapałam się na tym, że uśmiecham się sama do siebie. I choć wygrana nie była spektakularna, to ekscytujące było samo to, że zupełnie przypadkiem, w zwykły wtorkowy wieczór, wydarzyło się coś, co nie było zaplanowane w moim kalendarzu.
To uczucie, kiedy przestajesz myśleć o tym, czy jutro uda ci się wyrobić z raportem kwartalnym, a zaczynasz się zastanawiać, co wyskoczy na ekranie, jest naprawdę wciągające. Odkryłam, że najlepiej gra się wtedy, gdy traktuję to jak wirtualny spacer po nieznanym mieście. Nie muszę nigdzie iść, nie muszę na nic czekać. Po tygodniu wpadłam w przyjemną rutynę. W środy i piątki, po tym jak chłopcy zamknęli się w swoich pokojach, a mąż zasnął przed telewizorem, ja na dwadzieścia minut znikałam w innym świecie. Nigdy nie goniłam za wielką wygraną. Ustaliliśmy sami ze sobą zasadę: wchodzę tylko z kwotą, którą mogę stracić, i wychodzę po przekroczeniu limitu czasu.
Pamiętam, jak kilka tygodni temu mąż zauważył mój zrelaksowany wyraz twarzy. Spytał, co się stało, że jestem taka uśmiechnięta. Pierwszy raz opowiedziałam mu o mojej wieczornej rozrywce. Nie kryłam, że to vavada online, że traktuję to jak taką cyfrową ruletkę na spokojnie, dla samego dreszczu emocji, ale takiego kontrolowanego. Mąż parsknął śmiechem i stwierdził, że woli zostać przy piłce, ale że najważniejsze, że jestem zadowolona. I wiecie co? Miał rację. Tego wieczoru wygrałam jakieś trzysta złotych. I choć to śmieszna suma, to kupiłam sobie za to po kryjomu porządny zestaw pędzli do malowania, bo kiedyś malowałam i rzuciłam to w wirze kariery.
I tu dochodzę do sedna. Największą wygraną nie jest żadna konkretna kwota, a właśnie ten powrót do siebie. Bo ta gra nauczyła mnie, że można mieć chwilę tylko dla siebie, bez wyrzutów sumienia. Że odpowiedzialność to nie jest nudne słowo, tylko realna obrona przed zgubieniem samej siebie w obowiązkach. Czasem siadam do ekranu i gram, ale wtedy, gdy mam naprawdę gorszy dzień, myślę o tym wszystkim, czego nie mam przewidzieć, o tych losowych obrotach, które przypominają mi, że życie lubi zaskakiwać na dobre. Otwieram tę przeglądarkę, widzę znajomy interfejs i uśmiecham się do siebie, traktując to jak mój mały, wieczorny seans.
I chociaż zdaję sobie sprawę, że hazard to śliska droga, to dla mnie ta codzienność z grą przypomina bardziej terapię z podejmowania decyzji bez lęku. Decyduję, kiedy zagrać, stawiam samodzielnie na jakąś liczbę i potrafię zaakceptować wynik, czy to plus, czy minus. To trochę jak trening akceptacji tego, że nie wszystko zawsze musi być idealnie poukładane. Dziś mogę śmiało przyznać, że ta pozornie banalna rozrywka dała mi o wiele więcej, niż mogłam przypuszczać. Znalazłam w niej czas dla siebie, ale przede wszystkim sprawiła, że znowu czuję frajdę, gdy próbuję czegoś nowego. Może to dziwnie brzmi, ale to dzięki tamtemu kliknięciu spłaciłam własne lęki przed oceną i nauczyłam się cieszyć chwilą, która należy tylko do mnie.
Na koniec dnia, kiedy leżę w łóżku i układam sobie w głowie minione godziny, wiem, że życie składa się z drobnych wyborów. Czasem wybierzesz mecz, czasem książkę, a czasem pozwolisz sobie na tę szczyptę niewiadomej, która nazywa się losowością. Mój mąż ma swoją drużynę, koledzy z pracy mają siłownię, a ja mam swój wirtualny kącik. Jeśli kiedyś ktoś zapyta mnie, co robię wieczorami, pewnie opowiem o herbacie i serialu, ale ja już wiem, że w mojej szufladzie czeka coś, co dodaje mi skrzydeł w nudny, deszczowy dzień. To nie jest wygrana życia, to po prostu wygrana wieczoru, która buduje lepsze jutro. Wystarczy tylko pamiętać o jednej rzeczy, by mieć nad tym kontrolę. Zawsze kończ, zanim zaczniesz się nudzić. Po prostu wstań od ekranu i zobacz, że świat też jest fascynujący. Wtedy nawet najdrobniejsza wygrana potrafi cieszyć naprawdę długo.
Sorry, there were no replies found.